niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 2 - " Promyczek nadziei w tunelu rozpaczy"

Pierwszy dom - strach, odrzucenie, przemoc. Świdrujące spojrzenia innych, drwiny. Brak akceptacji. Szydzenie. Zimno.
 Drugi dom - obojętność. Brak jedzenia i picia. Oschłość domowników. Całkowite odcięcie się od świata ludzi. Coraz większa depresja.
Trzeci dom - rozpacz. Smutek, płacz, samotność. W żadnym z nich nie poczuła choć cienia dobroci lub współczucia. W każdym było to samo "Tak to ona... Jej ojciec został rozstrzelany... To pewnie coś w stylu gangsterskich porachunków." Tego uczucia nie da się opisać. W ciągu dwóch tygodni, trzy razy zmieniła miejsce spoczynku. Teraz jest tutaj. Dom przywódcy. Głównego kapitana Oddziału do Zadań Specjalnych. To tutaj poczuła nutkę miłości i dobroci, od tak oschłej osoby. Siedziała na skórzanej kanapie, szczelnie opatulona kocem. Twarz miała bladą, pod oczami widoczne były lekko purpurowe ślady. Przed nią siedział właśnie on, bacznie wpatrując się czarnymi oczami. Cisza, w której spoczywali trwała już ponad trzydzieści minut. Żadne z nich nie dawało za wygraną, żadne się nie odezwało. Ona z powodu swojej rozpaczy, zapomniała całkowicie o kapitanie, głęboko rozmyślając nad dalszym swoim losem. On - swoją ciszą, chciał przekazać jej, że nie musi zmuszać się do sztucznej atmosfery, i pogrążyć się w swoim problemie. Wstał, ostatni raz rzucając na nią okiem. Poszedł do kuchni i szybkim krokiem wyjął dwa kubki z szafki nad zlewem. Posyłając jej znudzone spojrzenie zaczął rozmowe. 
   - Zrobić Ci herbatę? - spytał od niechcenia. Wiedział, że dziewczyna, i tak nie odpowie. Lekko go to już wkurzało. Od trzech dni tu siedzi, i nie pisnęła słowem. Jak tak dalej pójdzie, śledztwo szlak trafi, a ona sama trafi pod opiekę psycholi. Nikt jej nie pomoże, jest w beznadziejnym punkcie. Brak rodziny - katusze. Sam coś o tym wiedział, wychowanek domu dziecka. Od zawsze sam, nawet w niebezpiecznych miejscach. Przysiągł sobie, że nie pozwoli by emocje, wzięły górę nad rozsądkiem. Jednak wtedy był wyjątkiem. Nigdy nie płakał, nawet przy śmierci "rodziców". Jednak sytuacja dziewczyny, rozmiękczyła te lody.
Usiadł koło niej, kładąc herbatę na stole. I jak najlepiej umiał oddał swój kawałek serca. Przytulał ją mocno, jakby była całym światem. A ona głośno, płakała mu w ramię. Herbata wciąż stygła, gdy nie zwalniał uścisku. Już myślał, że wszystko okej. Gdy z jej drobnego gardła wydobył się jęk. 
  - Oni to zrobili. Postrzelili go w serce. Bez żadnych skrupułów zrobili to przy mnie. - mówiła nie wyraźnie, przyciśnięta do torsu. A on sam - zdziwiony wsłuchiwał się bardziej. 
  - Czarna furgonetka, w niej trzej faceci, tylko tyle pamiętam - coraz bardziej rozpaczona, płakała mu w rękach. Mocniej zacisnął, pięści na jej głowie. Od dziś ma nowy cel - zabić morderców. 
   Gdy przyszedł dzień składania zeznań, trzymała go mocno, wciąż bojąc się tych ludzi.
To niewiarygodne, jak z takiej płaczki, zrobić jeszcze większą ciape. Źle jej się chodziło, jakby o tym zapomniała. Nierównie układała nogi, potykając się zaraz. W jej tunelu, już dawno światło zgasło. Przyjaciele, rodzina - odeszła w zapomnienie. Co by zrobiła jakby były teraz przy niej. Stały przy kapitanie, uśmiechając się żywiej. Zachęcając do życia, i odkrywania prawd. Sam ich uśmiech by sprawił, że dziewczynie chce się śmiać. Na samą myśl o tych wspaniałych chwilach, dziewczynie jak na baczność stanęła łza. Skapywała jedna po drugiej, nie tracąc tchu. Brakowało jeszcze tego, by znów się rozkleiła. A obiecała sobie, że o nich pozapomina. Już dawno odeszły, nie zostawiając śladu po sobie. Nienawidź, szanuj, kochaj tak mówiła dziś sobie. A przed komendantem, nie wypowiedziała słowa. Kapitan był zdziwiony, jej brakiem entuzjazmu. Jeszcze wczoraj, obiecywała, że wszystko mu powie. A teraz siedzi skulona na jakimś krześle. Myśląc jakby to było, gdyby jej nie było. 
  W domu czuła napiętą atmosferę. Kapitan wkurzony, łatwo o aferę. Już drugi talerz wypadł mu z ręki. Przeklinał siebie w myślach za te wszystkie udręki. Co on takiego zrobił? Miał się tylko nią zająć. A nie tworzyć jej dom, i wymyślonych przyjaciół. Trzeba ją gdzieś oddać, najlepiej do wojska. Nauczyć ją porządku, i określonych zasad. Niech wróci za trzy lata, kompletnie wyuczona. Bez chwili wahania, wybrał numer i zadzwonił. Do znajomego, który się nią zajmie. I ma nadzieję, że coś z niej wypadnie.
  Była załamana, gdy usłyszała rozmowę. Ona ma tu nie wrócić i gdzieś wyjechać, na jakieś zadupie. Nie pozwoli na to, chociaż łączą ją słabe więzi. Przyzwyczaiła się do niego i jego stylu bycia. Chciała być jak on, lecz wiedziała, że nie może. Bez wielkiego namysłu uciekła z jego progów. Nie brała nic ze sobą, to nie było potrzebne. Ważniejsze by się ukryć, i nie zostać złapanym. By móc tu zostać i być opłakiwanym. Chciała tu umrzeć, pochować się z rodzicami. Oddać im cześć, lecz nie było jej dane. Właśnie teraz w tym czasie, szukają jej dwa oddziały policji. Wszędzie, niebieskie radiowozy i ich sygnały. Miała to gdzieś, nie teraz to się liczyło. W dłoni trzymała rzecz, małą z cieszy. Nic się nie zmieniło. Śnieżnobiała koperta. A na niej, duże czarne litery. Staranie napisane - dokładnie przez jej matkę. I wtedy już wiedziała, że to to czego pragnie. To był ten czas, o którym było mowa, na pierwszej stronie koperty. Lekko zaskoczona, koperta prawie pusta. Tylko w środku ulotka. Serce jej stanęło, gdy ujrzała zawartość. Na karteczce napisane "Turniej trzech mistrzów", a pod spodem ich nazwa. Wszystkie, jedenaście imion drobnym druczkiem. Nie wiedziała czy wierzyć, czy to może śmieszny żart. Turniej w jej mieście, tu gdzie jej dom. Nic nie rozumiała. Turniej sztuk walki? Przecież jej dawne koleżanki były wagi kapusty! Z emocji nie mogła wytrzymać. Osunęła się na ziemie, kartę przyciskając do piersi. Jej serce krwawiło mocno, o tym wiedziała. Gdy po pięciu latach, znów się spotkają.




Podobało się?

Skomentuj~!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 1 - "Ostatni uśmiech."

   " ... - Tato! To boli! Aj, proszę...!
   - Zrozum to dla twojego dobra!
   - Tato, przestań! Od śmierci mamy... dziwnie się zachowujesz! Boli...
   - Cokolwiek się stanie, znajdź te kobiety!
   - Tato!... "

  Obudziła się zlana potem. Ciężko oddychała, wręcz dyszała. Nerwowo poruszała oczami błądząc po pokoju.
   - Ten sen.. Był taki realistyczny - wydukała wstając z łóżka. Założyła niezdarnie kapcie i poszła do łazienki. Odkręciła zimną wodę i przetarła nią oczy. Czuła się źle. Nic nie pamiętała z wczoraj. Jeszcze ten sen. Dziwna sprawa.
  - Tato? - Tato! - wołała. Nikt jednak nie odpowiadał. Przeszła kawałek i zauważyła karteczkę z jej imieniem.
   -"Nie będzie mnie. Po szkole, prosto do domu" - fuknęła ze złości. Ojciec nigdy nie interesował się nią i jej sprawami. Dlaczego właśnie teraz został opiekuńczym tatusiem? Mamy też nie ma. Coraz bardziej ją niepokoiło. Coś się dzieje. Przeczuwa to.
   Drugą godzinę nieudolnie próbowała zakrywać łamiący się głos i przekrwione oczy. I znowu rozbrzmiał głośny dźwięk szkolnego dzwonka. Tłumy gimnazjalistów rzuciły się na ławki i biedną panią w sklepiku. Tylko ona, skulona pod salą siedziała i łkała. Była płaczką, to prawda. Ale to już drugi dzień. Czarne, długie pasma jej włosów zakrywały jej ramiona.
  - Nasza koleżanka znowu płacze? Oj jak mi przykro. - popchnęła drobną dziewczynę a ta upadła na podłogę, ukazując zapłakaną twarz. Nie miała litości. Z całej siły kopała ją w brzuch, przyprawiając dziewczynę o odruchy wymiotne. Nie wytrzymała. Wypluła zduszone w ustach stróżki krwi. Wtedy ją zostawiła. Zapłakana, pobita wróciła mężnie na kolejne lekcje, modląc się w duchu, aby nikt nic nie zauważył.
   W domu było pusto i cicho jak przed jej wyjściem. Wolno przechodziła po korytarzu jakby czegoś szukając. Torba spadła z jej ramienia ukazując poobijaną szyje i obojczyk. Na kołnierzyku jej koszuli widoczne były plamy zaschniętej krwi. Na stole nie leżała już karteczka od ojca, lecz list w śnieżnobiałej kopercie. Nie zdejmując z siebie kurtki i butów złapała list w ręce. Na pierwszej części koperty widniało jej imie i nazwisko, nie znajdował się jednak znaczek. Gdy chciała go otworzyć, jej oczom ukazało się zdanie, napisane czarnym piórem. " Otwórz, gdy przyjdzie na to właściwy czas." Nastolatka nie była zdziwiona, ani zaszokowana. Jej twarz wyrażała pustkę. Oczy, nie były przepełnione strachem lub smutkiem. Wyrażały nicość. Do jej domu zadzwonił telefon. Wzdrygnęła się lekko, jakby obudzona z jakiegoś transu. Odebrała telefon, a w słuchawce usłyszała załamany głos ojca.
  - Przyjeżdżaj do szpitala, szybko! Mama ma nawrót choroby! - nawrót choroby? Jakiej choroby? Nic nie rozumiała. 
  - Halo słyszysz mnie?! Przyjeżdżaj natychmiast! - nic więcej nie trzeba było jej mówić. Szybkim ruchem odłożyła słuchawkę i wyszła z domu, zabierając wcześniej list do kieszeni. Biegła na autobus, by jak najszybciej pojawić się przy matce. Jednego tylko nie mogła pojąć. Jakiej choroby? I dlaczego ojciec wcześniej nie powiedział jej, że mama jest w szpitalu? W samochodzie nie mogła zebrać swoich myśli. W jej głowie nasuwały się przerażające biegi wydarzeń. W każdej chwili, może zadzwonić ojciec z informacją, że nie musi już przyjeżdżać, bo kobieta nie żyje. Od tego wszystkiego zachciało jej się płakać.  Nie wybaczyłaby sobie, gdyby straciła jedyną kobietę w której miała oparcie. W oknie autobusu, dostrzegła już pierwszy budynek szpitala. Zerwała się z miejsca jak oparzona, nerwowo wciskając przycisk "Stop". Gdy autobus zatrzymał się, a kierowca otworzył drzwi, dziewczyna wybiegła najszybciej jak sie da. Nie słyszała szeptów ludzi w autobusie, którzy krytykowali jej zachowanie. Dla niej liczyła się teraz tylko jej matka, i jej stan. Na jej głowę spadła kropelka wody. Zignorowała to i szybkim ruchem otworzyła drzwi do szpitala, trącając przy tym panią z wózkiem. Nie czekając na windę, szybko skierowała się na trzecie piętro, na oddział Kardiochirurgi. To tam - po otrzymaniu wiadomości od ojca, leżała jej chora mama. Na jednym z krzeseł siedział już jej ojciec. Trzymając się za głowę, patrzył jak na OIOM'IE (oddział intensywnej opieki medycznej, gdyby ktoś nie wiedział xD) leżała jego żona. Podpięta pod kilkanaście kabelków. Monitor ukazujący pracę serca, nie pokazywał zbyt pozytywnej diagnozy. Gdy Natalia podbiegła do swojego ojca, zauważyła jego podpuchnięte i przekrwione oczy.
  - Tato co się dzieje?! Jaki nawrót choroby? Co z mamą? O co w tym... - nie mogła dokończyć swojego monologu, gdyż ojciec przerwał jej gadanine siarczystym ciosem w policzek. Oszołomiona dziewczyna upadła na ziemię, trzymając się za piekące miejsce. Mężczyzna spuścił głowę i cicho się zaśmiał. Spojrzał się na okno w pokoju kobiety i westchnął.  
   - Znowu pada - jakby zignorował rzecz którą przed chwilą zrobił i rozsiadł się wygodnie na szpitalnym krześle. W dziewczynie kłębiły się różne uczucia. Strach, obrzydzenie,złość i smutek. Właśnie teraz najchętniej złapałaby swojego tatę za kołnierz i uderzyła go najmocniej jak potrafi. Ale nadal jest ojcem. Nie odważy się podnieść na niego ręki. Kto wie, czy skończyłoby się ''niewinnym" ciosem w policzek. Wstała z ziemi, i hamując obrzydzenie jakie w niej narastało, położyła swoje drobne dłonie na szybie sali swojej mamy. Nagle monitor ukazujący pracę serca kobiety wskazywał coraz mniejsze liczby, w salce słychać było niebezpieczne pikanie urządzenia. Pielęgniarki i lekarz wyskoczyli z pokoju i zaczęli reanimować umierającą kobietę.
   - C-co się dzieje? - spytała jakby sama siebie. W sali słychać było głośne okrzyki lekarzy i pielęgniarek. 
   - Saturacja spada!
   - Tętno i ciśnienie coraz niższe!
   - Zacząć reanimację, tracimy ją! - do jej oczu napływały słone łzy. Jej mama właśnie umiera. Nie kontrolowała płaczu. Łzy samotnie spływały na jej policzku, jeden za drugim dopasowując się do rytmu spadającego deszczu. Monitor, który jeszcze przed chwilą  ukazywał nierówne jak góry kreski, stoi teraz jako jedna prosta linia. Ukazując zero. Lekarz przestał cokolwiek robić. Pielęgniarki odeszły od jej mamy. Mężczyzna który, przed chwilą próbował uratować życie jej mamy, patrzy na nią z wypisanym smutkiem na oczach. 
Zapadł wyrok. Przyszedł ten moment, którego tak się bała. Przy łóżka czeka śmierć ona pod białym prześcieradłem.
  - Pewnego dnia, córcia do ciebie powróci. Przysięgam daje słowo, amen. - tylko tyle była wstanie powiedzieć, zanim całkowicie wybiegła ze szpitala. Biegła w nieznajomą jej stronę, przed siebie. Deszcz lał się strumieniami, a pęd powietrza suszył łzy napływające z jej źrenic. Zdawała sobie sprawę z tego, że za nią biegnie zmartwiony ojciec. Nie chciała żyć. Upadła na środek drogi, twarzą do asfaltu. Po sekundach dobiegł też i jej ojciec.
  - Nienawidzę siebie za te wszystkie przykre chwilę, za te wszystkie przykre słowa, za to że nie doceniłam - łkała mówiąc do swojego ojca.
  - Natalka, nie mamy czasu. Muszę wyjaśnić ci parę spraw. Prawdopodobnie to jest nasze ostatnie spotkanie, rozumiesz? - jego głos zaczął się załamywać, a w oczach dostrzec można było łzy. - Pamiętaj o liście. Teraz jeszcze tego nie pojmiesz wiem to. Nienawidź nas. Przeklinaj w duchu. Ale nigdy o nas nie zapominaj. Kochamy Cię, zawsze i wszędzie. Niezależnie jak postąpisz, zawsze będę po twojej stronie, córeczko. Jeśli cały świat będzie nas nienawidził, nienawidź z nimi. Kocham cię. - ojciec rozpłakał się na dobre, chowając twarz w dłonie. Dziewczyna było oszołomiona bardziej niż zwykle. Trudniej było zrozumieć słowa swojego ojca. Nic nie rozumiała. Chciało jej się wyć, krzyczeć. Ale nie miała sił. Czemu? Dlaczego, akurat ją to spotkało?

  - Uciekaj rozumiesz! Musisz przeżyć! - wykrzyknął i zaczął uciekąć w przeciwną stronę. Deszcz padał coraz bardziej, a ona stała na środku drogi oszołomiona.
  -Ale tato...Tato!
  - Nie gadaj tylko uciekaj! - usłyszała ostatni raz. Przed jej ojcem wyjechała czarna furgonetka a z niej wyskoczył facet. Tata dalej biegł. A mężczyzna wyciągnął czarną broń i wystrzelił. Trzy strzały w klatkę piersiową. Upadł na ziemię, a na jego twarzy widniał uśmiech. Ostatni uśmiech... Ten widok był nie do zniesienia. Natalia zaczęła uciekać. Najszybciej jak sie da. Byle zdala od tego miejsca, od tych zdarzeń. Nie wie ile czasu minęło odkąd zaczęła biec. Nie wiedziała gdzie jest. Upadła bezsilna pod jednym z drzew, i zasnęła.
Deszcz przestał padać.


   Następnego dnia odnaleziono dziewczynę zmarzniętą i nieprzytomną. Po wstępnych badaniach, okazało się, że nastolatce nic strasznego się nie stało. Mogła wracać do domu. Problem był jednak taki. Ona nie miała dokąd wracać. Nazajutrz w telewizji było bardzo głośno na temat dziwnego morderstwa ojca Natalii. A ona sama, została przekazana kapitanowi oddziału do zadań specjalnych.


~~~~~~
Ojej ;__; 
To było najtrudniejsze co w życiu napisałam ;-;
Mam nadzieje, że się spodoba :3

Podobało się?
Skomentuj~!

niedziela, 27 października 2013

Prolog - "Już się więcej nie zobaczymy."

  - Będziemy już zawsze razem?
  - Tak! - odpowiedziały chórkiem dziewczynki. Złapały się wszystkie za ręce i zaczęły mówić wymyśloną przez je same regułkę. Tylko jedna z dziewczynek nie była zadowolona. Jej twarz wyrażała smutek a załzawione oczy mówiły same za siebie. Zdarzy się coś nieciekawego.

 Kilka lat później...

   - Przesadziłyście! To już jest szczyt wszystkiego! Jesteście chamskie,  nie miłe i wredne! Co ja wam takiego zrobiłam?!
   - Żyjesz... - zarechotały dwie dziewczyny. Jedna wysoka, długowłosa brunetka z zielonymi oczami druga niewiele mniejsza, gruba z czarnymi do łopatek włosami i szarymi oczami. Nastolatce zaszkliły się oczy. Usłyszeć to od koleżanek które znam już 7 lat? Bezcenne.
   - Wiecie co... Znamy się już tyle... - samotna łza spłynęła jej po policzku. - A wy coś takiego odwalacie? Szkoda słów.. - wyminęła je i skierowała się w stronę wyjścia ze szkoły.
    - Zaczekaj Natalia, przecież jesteś zbyt mądra by uciekac ze szkoły! - krzyknęła jedna z nich, lecz potem się zaśmiała. Obie się zaśmiały. A ona rozpłakała się na dobre. Wybiegła ze szkoły w samych kapciach, krótkiej bluzie i bluzce. Biegła nie zważając na zimno, na krzyki dziewczyn. Chciała znowu poczuć ciepło które one jej dawały. Więc skierowała się do ich ulubionej piaskownicy. Zawsze tam się spotykały, rozmawiały, śmiały. Robiły razem wszystko. Aż do tego dnia... Dnia w którym wszystko miało się zacząć a jednocześnie skończyć. Do dziś chodź minęły już 5 lat pamięta te słowa...
   - "... Panie Boże spraw, by Milena była przywódczynią, Tamara opanowała strzelanie a bliźniaczki między sobą się dogadywały..." - urwała. Nie mogła. Rozpłakała się. Nie mogła się opanować. Krzyczała wiedząc, że i tak nikt jej nie usłyszy. Tak bardzo pragnęła mieć je wszystkie... Znowu w tej piaskownicy... Znowu w tym samym składzie. 
   - Dlaczego wy... Dlaczego musiałyście odejść? - łkała. Słone łzy skapywały z jej policzków na szyje. Obiecałyście... Obiecałyście, że zostaniemy razem. Więc czemu? Wzięła malutki kamyk spod stopy i rzuciła daleko przed siebie. Potrzebuje was... Znowu.
   - Proszę... - schowała twarz w dłonie i próbowała nie płakać. Na marne. 

 W innym miejscu...

   - Dziewczyny co to ma być? To ma być walka na śmierć i życie a nie przepychanie blondynek!
   - Przepraszam ale... kiedy...kiedy my wrócimy? - ciężko sapała. Nastolatki trenowały już trzeci dzień z rzędu. Wszędzie walały się noże lub przebite strzały. Grzywka dziewczyny przykleiła jej się do czoła a ona sama upadła na podłogę dysząc.
 - Już niedługo... Wrócimy tam na turniej. - powiedziała kobieta. Wzięła nieprzytomną już dziewczynę i wyszła z sali. 
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony